Sukces czy porażka?

Na to pytanie jest bardzo trudno odpowiedzieć, w wielu dziedzinach jest po prostu kogiel mogiel. Zarówno Polska jak i świat podzielony jest na pół i to co dla jednych jest sukcesem to ci drudzy krzyczą, że to porażka. Tramp chwali się sukcesami a reszta świata twierdzi, że cokolwiek by zrobił czy nie zrobił to naraża się przede wszystkim obywatelom swojego kraju ale i reszcie świata. Za Trampem krok w krok podąża nasz Nawrocki i tak jak Tramp ogłasza się królem świata to Nawrocki za wszelką cenę chce być najważniejszy w Polsce. Z jego zachowania wynika, że nie uznaje demokracji i marzy mu się dyktatura. Wymaga żeby Rząd wszystko cokolwiek ogłosi czy zrobi najpierw uzgadniał z Nim, ale On sam z Rządem nie uzgadnia niczego, i o dziwo w sondażu na najwyżej cenionego polityka w Polsce, Nawrocki jest na pierwszym miejscu, a zaczęło się od tego nieszczęsnego Orderu. I tak oto doszliśmy do Ukrainy, która na początku wojny rosyjsko – ukraińskiej połączyła Polaków współczuciem do siebie i niesieniem pomocy naszym biednym sąsiadom. Z chwilą kiedy nasz Prezydent oznajmił odebranie Orderu Orła Białego Załenskiemu, znów podzieliliśmy się bo zaczęliśmy dostrzegać brak wdzięczności ze strony Ukrainy. Widzimy, że Ukraińcy biorą chętnie ale cokolwiek dać, to już problem. Zaczęły się uwidaczniać podstępne działania świadczące, że to jest kraj na który liczyć my nie możemy. To Polacy jak wiedzą, że muszą coś dać żeby pomóc, to zapominają o sobie i pomagają. Ukraińcy przede wszystkim myślą o sobie. No weźmy chociażby ostatnie zachowanie się Mera Lwowa, przyjechał nie zaproszony na Światowy Zjazd Biznesu do naszego Gdańska i zaczął działać pokątnie nie ujawniając się, że jest i podpisał 6 umów w ramach odbudowy Ukrainy z krajami zachodnimi nie mówiąc Polakom nawet dzień dobry. My Polacy musimy to wszystko znosić cierpliwie i czy chcemy czy nie musimy Ukrainie pomagać bo nikt nie chce żeby Ukraina przegrała wojnę, ponieważ nigdy nie będzie niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy, zacznijmy jednak kalkulować czy to co robimy doprowadzi nas do sukcesu czy będzie to porażka.

I to byłoby tyle, jak na te upalne dni to w zupełności wystarczy. NARA !!

Codzienność staruszki.

Zaczęłam korzystać z zabiegów naszej fizjoterapii. Nie wiem czy podwieszki na ręce albo platforma wibrująca mięśnie nóg, to są zabiegi, ale z tego właśnie korzystam. Od ciągłego podpierania się na moim chodziku wysiadły mi barki do tego stopnia, że któregoś dnia musiałam prosić o pomoc przy założeniu swetra, i właśnie wtedy przypomniało mi się, że podwieszki wszelkiego rodzaju działają na mnie jak najlepsze środki przeciwbólowe. Natomiast platforma wstrząsająca mięśnie nóg to mój pomysł na wieloletnie męki nocnych skurczy nóg. Nie wiem czy to dobry pomysł, ale próbuję wszystkiego i jak do tej pory nic nie pomaga, żadne tabletki z magnezem, potasem i witaminami z grupy B. Do tego doszło, że w moim organizmie zebrało się za dużo potasu, a problem w tym, że i nadmiar i niedobór potasu czy magnezu daje takie same objawy. I bądź tu mądra. Usiłowałam likwidować skurcze drogą eliminacji, to znaczy odstawiałam wszystkie używki które mogą wypłukiwać minerały z organizmu i niestety nic nie pomagało. Ostatnia deska ratunku to ta platforma. A nóż widelec pomoże. Jak już byłam przypięta do podwieszek, a raczej moje ręce nie ja, popatrzyłam na obecne na sali gimnastycznej osoby i doznałam dziwnej ulgi. Uświadomiłam sobie, że nie ma już osób które mnie gnębiły, albo osób które bały się do mnie zbliżyć bo będą za to gnębione. Pomyślałam, że przecież idąc na salę nie spotkałam też ani jednej osoby nie przychylnej do mnie, a przecież przed stołówką siedziało około 20 osób. BOŻE JAKA ULGA. Nie ma już ludzi którzy podkładali mi kłody pod nogi. Dręczyli mnie ponad 10 lat. Są jeszcze trzy osoby które: jedna z przyzwyczajenia jest mi nie miła – to Jan, czyli PAN NIKT, ale mnie to ni ziębi ni grzeje, druga osoba to pani dyrektor, choć mam wrażenie, że ona jak mnie widzi to jej się przypomina jaka była wobec mnie i jest jej łyso, czyli tak trochę wstyd, jeśli w ogóle takie osoby znają takie odczucia jak wstyd; ja mam jednak wrażenie, że tak jest. No i trzecia osoba to siostra przełożona. To jest z krwi i kości zły człowiek, ona może by i nie chciała być taką jaką jest, ale inaczej nie umie. Robienie świństw wszystkim którzy są blisko niej sprawia jej satysfakcję. Ja na nią już patrzę z politowaniem, dla mnie to jest nędzny człowieczek.

Jestem zachwycona zabiegami które sobie wymyśliłam, czyli podwieszkami na bark i platformą na nogi. Podwieszki miałam zaledwie dwa razy, ale były bardzo profesjonalnie zainstalowane na moich ramionach. Zrobiła to oczywiście Asia. Ból ramion ustąpił definitywnie; z platformy skorzystałam również tylko dwa razy i tak samo rewelacja, w tym wypadku jednak to było dwojako, za pierwszym razem program był ustawiony na wibrację ud, ponieważ po pierwsze narzekałam na skurcze mięśni ud, a po drugie podobno ze względu na żylaki nie mogę mieć masowanego podudzia i w konsekwencji miałam nadal skurcze tyle że nie tak silne. Za drugim razem program ustawiła mi Bogusia – koleżanka która właśnie zeszła z platformy i zrobiła dla mnie takie ustawienie jakie ona miała. To były bardzo silne wstrząsy podudzi, i to była rewelacja. Trzy noce bez skurczy. Mogę się przeciągać w różne strony i nic. Jak zbliżała się godzina trzecia nad ranem zawsze budziły mnie skurcze a tym razem ja budziłam się sama i prowokowałam organizm żeby sprawdzić czy to czortostwo mnie złapie i nie złapało. Polecam. Będę musiała skonsultować z naszym lekarzem jak wybrnąć z sytuacji kiedy wibracje podudzi pomagają na skurcze idealnie ale szkodzą na żylaki. Czy jest jakiś sposób żeby był i wilk syty i owca cała.

Jutro przyjdzie do mnie 10 osób w tym troje małych chłopców, niestety w naszym domu nie ma miejsca gdzie można by przyjąć tylu gości, nasze pokoiki są za małe. Jest ewentualnie pracownia logopedyczna Kasi ale ona jest mała, 10 osób dorosłych usiądzie na kanapach i jeśli nie będzie się wiercić to wytrzyma z godzinkę, ale co z dziećmi? Na zewnątrz, pod tak zwanym grzybkiem, zazwyczaj goszczą obcy ludzie, bo to jest piękne miejsce pod lasem. Przyjeżdżają z miasta i robię sobie grila. Przecież ich nie wyproszę. Budynek wielki a miejsca na spotkania w liczniejszym gronie, brak.

I to wszystko, NARA !!

Rynna…

Obiecywałam, że na każde zadane przez moich czytelników pytanie, szczerze odpowiem. A tu stop, nie na każde. Od tygodnia przymierzam się żeby odpowiedzieć Wam na jedno z nich , i nie wychodzi. Gotowa jestem nawet przestać prowadzić bloga żeby tylko nie musieć opisywać swoich jedenastu lat w małżeństwie. A tego typu pytaniami jestem wręcz zasypywana, więc coś trzeba. Dopiero teraz rozumiem kobiety które pomimo gehenny w domu nikomu o tym nie mówią. To jest tragicznie ciężkie. W człowieku następuje taka blokada, że nie sposób jej zerwać. Zablokowany jest i umysł i serce. Człowiek staje się taki ubezwłasnowolniony i na to nie ma wpływu. Teraz mówi się, że temat nie został przepracowany z psychologiem. Ponieważ niczego nie przepracowywałam z kimś to spróbowałam to zrobić sama z sobą; do pamiętnika rodzinnego pisanego w formie korzeni rodzinnych, dopisałam część zatytułowaną – z deszczu pod rynnę – i w tej części opisałam to swoje życie w małżeństwie, ale pokazać tego komukolwiek, nie potrafię. I tak tkwię w tej rynnie. Zaczęłam przeglądać bloga – prababcia 102 – żeby zorientować się czy coś na ten temat kiedykolwiek pisałam- i owszem, robiłam takie wrzuty słowne, ale to było chyba tylko dla wtajemniczonych a takich brak. Dlaczego tę część rodzinnych korzeni zatytułowałam – z deszczu pod rynnę, otóż od trzeciego roku życia do szesnastego byłam bita przez brata. Dlaczego? opisuję to w rozdziale bloga zatytułowanego – Gala. Jako małe dzieci mieszkaliśmy w szkole rosyjskiej i chodziliśmy do przedszkola rosyjskiego. Mój brat jako przedszkolak wielkim patriotą był i nigdy nie odpowiedział nikomu inaczej jak po polsku; za to właśnie był bity przez rówieśników. Ja natomiast odpowiadałam każdemu w języku w jakim byłam pytana i za to obrywałam od brata w domu. To bicie mnie weszło mu w krew aż ja powiedziałam dość i wyszłam za mąż żeby uwolnić się od brata i tak wpadłam z deszczu pod rynnę mając lat siedemnaście. To moje wyjście za mąż również opisałam na blogu w dniu 12 IX 2018r. zatytułowane – szczyty głupot. Żeby nie sąsiad z ul. Radiowej pewnie w tym związku tkwiłabym latami, ale to on, sąsiad i szef wydziału śledczego Komendy Wojew. postawił mnie do pionu. Od rozwodu nie ośmieliłam się żyć w związku z jakimkolwiek mężczyzną. Wolałam nie ryzykować. Ale za to dziś, jestem cholernie silna pod względem psychicznym. Dlatego właśnie, pomimo wielkich starań kierownictwa naszego DPS żeby mnie wykończyć, nic z tego nie wyszło. Jestem odporna na wszelkie wstrząsy psychiczne.

I to wszystko, więcej nie dam rady – NARA !!

Pierwsza Komunia

W niedzielę 31 maja br. mój czwarty prawnuk, przystąpił do Pierwszej Komunii Św. a mnie ogarnął smutek nie radość. Po co ta pompa? Tłum gości. Wynajęta sala w restauracji. Za moich czasów to nawet wesele było skromniejsze. Przypomniała mi się moja Pierwsza Komunia. To był rok 1950. Owszem był tłum gości ale bez specjalnych zaproszeń z prośbą o potwierdzenia przyjścia. Na dziedzińcu kościelnym rozstawione stoły przykryte białymi prześcieradłami i udekorowane zielonymi gałązkami a na stole dzbany kakao i drożdżowe ciasto, zapraszały wszystkich. Kto chciał ten przyszedł, znajomi i nie znajomi; bo to było przyjęcie dla wszystkich dzieci które przystąpiły w tym dniu do Komunii św. Każdy, kto chciał to w czymś pomógł a zatem i czuł się jak gospodarz nie gość. Nikt nikomu nie fundował prezentów, największym prezentem było zdjęcie z księdzem i obrazek święty jako pamiątka, którą mam do dziś. Był ogrom radości i to wszystko. Mamy dzieciaków po przyjęciu, musiały stroje komunijne pięknie wyprać i wyprasować i oddać w depozyt do Kościoła, ponieważ za rok musiały z tych ubranek korzystać inne dzieci. Kto dał te stroje w obieg jako pierwszy nikt nie wiedział. Kto miał ten dał. Kogo było stać to uszył i podał dalej i nikt nie pamiętał kto to był. Boże, jakie dawne to czasy a jakie piękne. Nie byłam na przyjęciu komunijnym żadnego z czwórki prawnuków; nie mogłabym patrzeć na ten przepych, a swoich odczuć ukrywać nie umiem więc byłabym nie miłym gościem, na szczęście zawsze mogę się wytłumaczyć swoją starością która pozwala mi na wszelkie słabości. Został jeszcze jeden prawnuk, który prawdopodobnie w ogóle nie przystąpi do Komunii Św. bo jego mamie, czyli mojej wnuczce coś się odwidziało, nastąpiło odstępstwo od wiary. Ona sama przystąpiła do Pierwszej Komunii, a jak wyglądało przyjęcie po komunijne to opisałam je wierszem:

Tego roku maj był Laury, otulił ją bielą, kołysała w sercu Bozię z dumą i nadzieją. Skąd powaga taka w dziecku, skąd tyle godności? W długiej sukni kroczy dumnie i zaprasza gości. Zapraszała nas do stołów umajonych kwieciem; z lewej strony starsi siedli, po prawej zaś dzieci. Kuchnia polska i chorwacka na białym obrusie, ustawiają pełne misy Damirek z tatusiem. Rośnij zdrowo polska wnuczko choć z Chorwackiej ziemi, wojna ciebie tu przygnała z rodzicami twymi. Szłaś przez Sztudgard do Olsztyna Zagrzebianko mała . Rośnij zdrowo, ucz się dobrze, tryskaj szczęściem cała.

Laura to moja najmłodsza wnuczka. Damir jej starszy brat przystąpił do Pierwszej Komunii w Sztudgardzie. Pomimo to, że Niemcy są znacznie bogatsi od nas, to do Komunii Świętej dzieci przystępowały w bardzo skromnych strojach – wszyscy i chłopcy i dziewczynki byli poubierani w skromne alby. Stroje te otrzymali od kościoła i po przyjęciu do kościoła zwrócili. Nikt nie wyróżniał się i to podobało mi się bardzo.

Mój najstarszy wnuk, choć był ubrany wręcz wytwornie w garnitur i pod muchą, oczywiście białą i w białych rękawiczkach, to jego przyjęcie komunijne miało miejsce w domu, akurat dostali swoje, nowe mieszkanie i w gronie wyłącznie rodziny. Nikomu nawet do głowy nie przyszło żeby wydziwiać z przyjęciem i prezentami; dlatego wspominam ten czas bardzo czule.

I to już wszystko – NARA !!

Mrówka i lew

Jeśli chcesz wygrać wojnę z mrówką to traktuj ją jak lwa – to stare powiedzenie jest wyjątkowo aktualne dzisiaj i odnosi się do dwóch trwających wojen gdzie Ukraina jest jako mrówka w stosunku do Rosji a Iran jako mrówka w stosunku do potęgi takiej jak USA . Wojna na Ukrainie trwa już piąty rok. W tym czasie Ukraińcy doszli do niebywałej perfekcji w budowie dronów i wykorzystywaniu ich. Natomiast Rosja przekonała się, że nikt jej nie popiera ( chyba że Tramp ) i już nie wiele może. Może tylko niszczyć niczego nie osiągając. Wojna pomiędzy Iranem i USA trwa wprawdzie dopiero trzy miesiące, miała jednak trwać tylko trzy dni. USA ponosi w tej wojnie ogromne straty zarówno materialne jak i wizerunkowe, a jak dotąd zysków żadnych. Nie pisałam o wojnach i polityce dość długo a przecież wszyscy żyjemy tymi wydarzeniami i w końcu musiałam coś na ten temat. Zarówno Putin jak i Tramp głosili wszem i wobec, że w kilka dni zmiażdżą te dwie mrówki; przecież jesteśmy potężni i nie pokonani, tak myśleli, a okazało się, że Rosja to kolos na glinianych nogach a USA wybrało sobie na Prezydenta kogoś kto buduje same domki z kart. No a walczyć w obronie ojczyzny to zupełnie coś innego niż atakować na rozkaz. Polska całym sercem stoi po stronie mrówek, chociaż wieloletnie stosunki z Ukrainą nie są przyjazne czy sięgając wstecz dziesiątki lat czy setki. Natomiast Iran – dawna Persja, to kraj który zasłużył u nas na wielki szacunek. W okresie II wojny światowej to właśnie dzisiejszy Iran pomagał Polsce najbardziej; a pomagali ponieważ nie godzili się z faktem rozbioru Polski. Tak samo i my nie godzimy się dzisiaj z atakiem na ten kraj.

A u nas w kraju – podgryzają się nawzajem dwie mrówki – Kancelaria Prezydenta i Rząd. Mówi się że gdzie się dwóch kłuci tam trzeci korzysta; kto będzie tym trzecim? Na razie to aż przykro słuchać. Jednak, pomimo dużej niechęci do PISu muszę stwierdzić, że są oni mimo wszystko, politykami i to dalekowzrocznymi. Niby wybrano Czarnka na przyszłego Premiera i tak cichcem Czarnek jeździ po Polsce i robi mrówczą robotę na rzecz rozgłosu swojej partii i podkopania opinii Koalicji. Efektem tej mrówczej pracy są skutki krakowskie, a będą jeszcze inne województwa które odsuną się od Koalicji. I to jest właśnie ta mrówcza praca na rzecz przyszłych wyborów. No bo nie oszukujmy się, każdemu politykowi nie chodzi o dobro obywatela polskiego tylko o zmącenie jego umysłu tak żeby przez wybory dojść do koryta. Jak się patrzy na słupki popularności Koalicji i PISu to widać, że Koalicja wyraźnie prowadzi 32 do 26, ale jak podsumuje się procenty partii które są za jednymi czy drugimi to i Koalicja i Pis idą łeb w łeb 47 do 47. Za PISem gromko wykrzykuje Prezydent a za Koalicją …

Order Orła Białego. najwyższe odznaczenie polskie które istnieje już ponad 300 lat narobił ostatnio dużo zamieszania w naszej krajowej polityce. W okresie I i II Rzeczpospolitej szastano tym orderem, przyznawano niekoniecznie osobom wybitnie zasłużonym naszej Ojczyźnie; dopiero III Rzeczpospolita przywróciła honor temu odznaczeniu, aż tu nagle ktoś kto był ceniony i podziwiany za bohaterstwo i lojalność wobec naszego narodu, czyli Prezydent Załenski, daje plamę. Człowiek odznaczony za swoje wartości Orderem Orła Białego pokazuje, że Ukraińcy tylko udają lojalność wobec Polski ponieważ teraz jesteśmy im potrzebni ale nigdy nie zapomną, że przez stulecia byliśmy wrogami i bardzo wymownie nadaje jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imię – bohaterów UPA. Jak dla mnie to jest stwierdzenie, że liczymy się tylko my Ukraińcy i jak trzeba będzie to zachowamy się tak jak UPA 80 lat temu. Swojej najlepszej jednostce Załenski nadaje imię kogoś kto wymordował dziesiątki tysięcy Polaków. Na co liczył ? Bardzo poważnie zaszkodził swoim rodakom przebywającym w Polsce. Wrogowie Ukrainy cieszą się z głupoty Załenskiego, przecież on stanął na odcisk swojemu największemu sprzymierzeńcowi w tej wojnie. Nie nauczył się polityki, chce po prostu być podziwiany przez swój naród i po wojnie zostać wybranym znów na prezydenta.

Postawiłam przed sobą zdjęcie swojego Taty, który w I wojnie światowej walczył z Ukraińcami – jego Pułk pokonał najsilniejszą dywizję ukraińską – Budiennego. Popatrzyłam na młodziutkiego ułana, Piłsudczyka i poczułam tak samo jak On by poczuł – ból w sercu; a nielubiany dotychczas przeze mnie nasz Prezydent, zyskuje bardzo wiele. Zabierz mu Order Prezydencie, niech poczuje takie upokorzenie jak my. I skończmy z sentymentami zacznijmy liczyć – co się nam kalkuluje a co nie. Nic za darmo.

I to wszystko NARA !!

Ksenofobia.

Ksenofobia to niechęć do obcych, to postawa w której odmienność np. język, kultura narodowość, budzi wrogość.

W środę wybrałam się , chociaż już niestety z trudem, do miasta, chciałam rozejrzeć się u optyka za ładnymi oprawkami do ewentualnie nowych okularów. Podczas tej wyprawy spotkałam Andrzeja – kolegę mojego starszego wnuka jak również dawnego dzieciaka z ulicy Radiowej. Dzisiaj to 44letni pan, notabene bardzo przystojny. Bardzo miło mi się z nim rozmawiało, aż nagle przypomniał mi się bardzo przykry epizod, którego prowodyrem był właśnie tenże Andrzej, a epizod ten dotyczył mojego młodszego wnuka. Musiałam zmienić się na twarzy bo Andrzej od razu spytał – czy coś się stało ?. Wiesz, coś mi się przypomniało, jeszcze z czasów naszego podwórka. Pozwolisz, że zadam ci bardzo osobiste pytanie, nalegając na szczerą odpowiedź. Czy ty, jako już dorosły i mam nadzieję odpowiedzialny mężczyzna nadal jesteś ksenofobem, a może nawet rasistą, czy już z tego wyrosłeś ? Obowiązuje, jak za czasów podwórkowych, wyłącznie szczerość. Tym razem Andrzej się zmieszał i zaczął gorliwie przepraszać twierdząc stanowczo, że jest mu wstyd, że był taki jaki był; przecież już przepraszałem, litości pani Danusiu. A był hersztem gangu szkolnego ( w szkole podstawowej ) który znęcał się nad młodszymi uczniami z byle powodu, albo i bez powodu. Nic na ten temat nie wiedziałam dopóki sprawa nie dotyczyła mojego młodszego wnuka. Andrzej, jako dzieciak z ulicy Radiowej był bardzo grzeczny; a to był ten sam czas tylko nie to samo miejsce – szkoła i podwórko. Moje dzieciaki z ulicy Radiowej to najcudowniejsze dzieciaki świata – a tu taka dwulicowość. Mojego młodszego wnuka nikt nie znał. Urodził się w Zagrzebiu; jak już miał iść do pierwszej klasy wybuchła wojna na Bałkanach, tak więc córka z mężem i dwójką dzieci ( 7 lat wnuk i trzy miesiące wnuczka ) uciekli do Niemiec. To była bratobójcza wojna – sąsiad strzelał do sąsiada; Serb do Chorwata i odwrotnie, zięć nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, dlatego uciekli z kraju. Wnuk z marszu musiał iść do szkoły, niestety niemieckiej. Nie znał ani jednego słowa w tym języku ale zacisnął zęby i uczył się. Jak zdał do czwartej klasy władze niemieckie stwierdziły, że ponieważ wojna na Bałkanach już się skończyła to uciekinierzy wojenni muszą opuszczać Niemcy. Moi zdecydowali, że nie pojadą do Jugosławii ( jeszcze wówczas to był jeden kraj – Jugosławia ) tylko pojadą do Polski i w ten sposób mój biedny wnuk znów trafił do kraju którego języka nie znał a do szkoły iść trzeba. Córka zaniechała nauki języka polskiego przez swoje dzieci ponieważ na tamtą chwilę priorytetem był język niemiecki. Wnuk w żadnym wypadku nie zgodził się pójść do pierwszej klasy, chociaż wiedział, że języka musiał się uczyć od podstaw. Sam zdecydował, że zgodnie ze świadectwem pójdzie do czwartej klasy a poznawać język będzie dodatkowo chodząc do klasy pierwszej do czasu aż uzna, że język polski opanował. Muszę dodać, że wnuk jako nieodrodny syn swojego taty, który zna sześć języków, ma wyjątkowe zdolności językowe i dziś jako doktor nauk włada perfekcyjnie czterema językami a jeszcze dwoma tak średnio. Ale w naszym kraju inność wywołuje wrogość i agresję i to nie tylko wśród dzieci. Pamiętam jak wnuk przyjechał do Polski mając 4 latka, uczył się wówczas mówienia po Polsku i w konsekwencji mieszały mu się słowa obu języków, to nawet wśród dorosłych wywoływało niepokój i uznano, że z tym dzieckiem jest coś nie tak i lepiej żeby ich dzieci nie bawiły się z nim. A wśród dzieci szkolnych to był horror .To dopiero było z czego drwić – jeszcze tego nie widzieli żeby ktoś chodził do IV i do I klasy jednocześnie. Niestety, ten spotkany przeze mnie Andrzej kierował bandą dzieciaków i tak długo nie dawali mu żyć aż mój wnuk pobity trafił do szpitala. Wtedy dopiero ja dowiedziałam się co się dzieje. jak moi przyjechali z Niemiec do Olsztyna ja im zostawiłam swoje mieszkanie i zamieszkałam na drugim końcu miasta, dlatego nie wiedziałam co się tam dzieje, a przecież do szkoły do której chodził mój wnuk chodziły wszystkie dzieciaki z ulicy Radiowej. Zwołałam sejmik wszystkich dzieciaków. Spotkaliśmy się w ogródku o który latami dbaliśmy my sami, po to żeby przypomnieć jaką byliśmy jednością i chlubą każdej rodziny. Były przeprosiny i po dziś dzień zapanowała zgoda.

W tym wpisie posługuję się często zwrotem – dzieciaki z ulicy Radiowej, pisałam o nich w tak właśnie zatytułowanym wpisie.

I to już wszystko na dziś. NARA !!

Haneczka – podlizucha,

tak nazywałam swoją siostrę, a dopiero teraz dotarło do mnie, jak użyłam tego sformułowania w ostatnim wpisie, że ona była zawsze nadzwyczaj miła do mamy ze strachu żeby mama nie oddała jej komuś, jakiejś cioci czy babci. Niestety była oddana do babci Anastazji na długich pięć lat, czyli na okres wojny. Cała rodzina przeżyła to bardzo tylko nie ja. Ja ją poznałam dopiero jak jechaliśmy już do Polski. Opisując dzieje naszej rodziny pisałam, że Tato, jako Piłsudczyk musiał ciągle się ukrywać i ciągle uciekać, z całą swoją rodziną. Ostatnim schronieniem była szkoła powszechna w Wilnie. Jak Go złapali i osadzili w więzieniu moja mama była w pierwszych miesiącach ciąży ze mną. Wyobraźcie sobie trwa wojna, Tato w więzieniu, mama z piątym dzieckiem w ciąży. Kilka ulic dalej mieszka babcia Anastazja – mama taty, i mimo wojny powodzi jej się całkiem znośnie – ma restaurację w centrum Wilna, która pozwala na dostatnie życie. Babcia wpada na niedorzeczny pomysł i żeby ulżyć mojej mamie bierze do siebie jedno dziecko, właśnie Haneczkę. Bierze ją do siebie w czasie kiedy na świat przychodzi rozwrzeszczany dzieciak czyli – ja. Moje starsze rodzeństwo zna Haneczkę i tęskni za nią. Mnie nie znoszą ponieważ wraz z moim przyjściem na świat na rodzinę spadają same nieszczęścia : brak ukochanego tatusia, wojna, tęsknota za siostrą i obowiązek zajmowania się tym kimś wrzeszczącym bo mama ciągle była w poszukiwaniu jedzenia dla dzieci, między Wilnem a Olkienikami czyli rodziną ze strony mamy u której zdobywała to jedzenie i kryjąc się przed bombami przenosiła je dla swoich dzieci. Babci Anastazji nie przyszło do głowy, że lepiej byłoby wyżywić, choć bardzo skromnie, rodzinę syna niż rozbijać rodzinę. Haneczce było bardzo źle u babci. Siedziała sama w domu z chorym dziadkiem bo babcia i ciocia były całymi dniami zajęte w restauracji. I ten strach, żeby zostać w rodzinie do której w końcu wróciła ukierunkował jej zachowanie się jako podlizuchy i pierwszego wroga swojej najmłodszej siostry, czyli mnie.

A co u nas? Uczęszczam, bardzo systematycznie, na zajęcia z logopedii. Ponieważ grupa jest dobrana pod względem intelektualnym to te zajęcia są dla nas zabawą. Jest bardzo dużo śmiechu i zawsze na początku zajęć strach, że tego nie ogarniemy, ale prowadząca – Natalka, tak zgrabnie poupycha wszystko w tych naszych głowach, że sami sobie się dziwimy, że wszystko umiemy na pamięć. Na koniec zajęć potrafimy, na wyrywki powtórzyć słowo w słowo, co powiedziała którakolwiek osoba z naszej dziesiątki. Bardzo się staram żeby nie opuścić ani jednego zajęcia.

Trochę mi smutno, że będę musiała zmienić formę naszego czwartkowego, śpiewającego spotkania. Do prowadzenia takiego spotkania przygotowuję się bardzo starannie razem z Natalką. Ponieważ myślą przewodnią ostatniego spotkania, była miłość, to na dużym ekranie były tulące się konie, słonie, koty, psy i my, i to wszystko w objęciach miłosnych i pięknych kwiatach. Był video clip do pięknej piosenki Kohena Tańcz, i miłosne zaloty z filmu Anna Karenina. Było też zakochane disco polo, a bardzo licznie zebrana widownia zajęta była wyłącznie zjedzeniem jak największej ilości ciastek.

I to już wszystko NARA !!

Komentarze

Dostaję ostatnio mnóstwo komentarzy i propozycji uwidoczniania reklam które dostaję na adres bloga prababcia 102. Takie ilości przeróżnych wpisów to miałam 9 lat temu, jak zaczynałam skarżyć się na cały świat jak jest mi źle, w brew moim oczekiwaniom. Wygląda to tak jakbym wróciła znów do łask czytelników, bo to że firmy reklamujące się włączają swoje reklamy automatycznie jak dany blog przekracza kilkadziesiąt tysięcy odsłon to już wiem. A zatem staję się od nowa popularna. Jakbym uwidoczniała wszystkie reklamy które otrzymuję to byłabym jak POLSAT wśród innych stacji telewizyjnych i moi czytelnicy musieliby przekopywać się przez te reklamy aż znudziłoby się im nawet zaglądanie na bloga. Ja zamiast podpowiedzi jak można wejść w spółkę i z kim to odpowiem Małgosi jak to się dzieje, że zapamiętałam kiedy zachorowałam na odrę będąc dzieckiem. Małgosia twierdzi, że to jest niemożliwe żeby z taką precyzją pamiętać co było w grudniu 1949 r. Kochana Małgosiu, stary człowiek szybko zapomni co było kilka dni temu a pamięta o szczegółach sprzed pół wieku, to jest główna cecha starości. A fakt mojej choroby na odrę w 1949 r. pamiętam bardzo dokładnie. Otóż, mieszkaliśmy w bloku w którym było 10 mieszkań w których mieszkało 16 rodzin, w czterech mieszkaniach mieszkało po dwie rodziny, tylko na pierwszym piętrze w każdym z czterech mieszkań mieszkały pojedyncze rodziny, to rodziny oficerów Ludowego Wojska Polskiego. Były też dwa mieszkania w suterynie . Wszystkie mieszkania były piękne, duże trzy pokoje, duża łazienka, duża kuchnia ze spiżarnią również okazałą. W naszym mieszkaniu nasza rodzina zajmowała 2 pokoje z kuchnią a druga rodzina zajmowała pokój z łazienką. W każdej z tych 16 rodzin były dzieci w wieku szkolnym. W okresie przedświątecznym dzieciaki biegały od jednych do drugich żeby zobaczyć czyja choinka jest najładniejsza. Na choince wieszało się cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach, herbatniki, które sami wypiekaliśmy, malutkie, rajskie jabłuszka i duży łańcuch ze sklejonych kolorowych kółek, który oplatał całą choinkę. Czasem znalazły się aniołki swojej roboty z papieru lub ze słomy, no i niestety świece. Ponieważ mamy znały ten nasz zwyczaj biegania po mieszkaniach a blok był podzielony na dwie klatki wejściowe, moja mama żeby mnie ustrzec przed wychodzeniem z domu bo to mroźna zima i nie daj Boże przeziębić odrę, schowała mi buty, żeby mi nie przyszło do głowy przebiegać przez całe podwórko do Krysi Michałowskiej, z którą chodziłam do jednej klasy. Nic nie pomogło schowanie butów. Przez całe podwórko przebiegłam na bosaka kalecząc stopy od lodu. Długo słyszałam lamenty mamy – ty mnie Danuśka do grobu wpędzisz, a Haneczka – siostra, podlizucha, dodawała – mama się nie martwi ona prędzej sama siebie do grobu wpędzi. Jak widać nie wpędziłam i przeżyłam całą swoją najbliższą rodzinę; chociaż bardzo chciałabym żeby żyli.

Drugie pytanie na które chętnie odpowiem dotyczy scenariusza na mój pogrzeb i oburzenie czytelniczki, że drwię z tak poważnej sytuacji. Nie drwię, jestem realistką i wiem, że nic nie trwa wiecznie więc niech się zakończy pięknie. Nikt nie będzie po mnie rozpaczał co najwyżej zamyśli się chwilę. Przecież to nie będzie pogrzeb młodej osoby tylko staruszki; tak więc niech podłożem do zadumy będzie – w drodze – adagio – G mol Tomasa Albinoniego XVII wiecznego kompozytora włoskiego. Ten utwór był grany na pogrzebie mojego Taty przez orkiestrę a u nas będzie odtwarzany z płyty. Jak już cała ceremonia się zakończy to na odchodne niech zaśpiewa Alicja Majewska – Moje do widzenia. Piękne.

I to już wszystko – NARA !!

Smutny tydzień…

Zaczął się od pogrzebu rodzinnego. To był pogrzeb syna mojej starszej siostry. Okazało się, że jestem najstarszym członkiem rodziny, ( a byłam najmłodsza w rodzinie ) ; tak więc słyszałam po wielokroć, Jak dobrze, że ty jesteś zawsze – ciociu. To, że jestem stara świadczyła nie tylko moja metryka ale i zwyczaj w zachowaniu się na takiej ceremonii. Otóż, okazuje się , że już nie ma zwyczaju przychodzenia na pogrzeb z kwiatami i zniczami, wystarczy obecność. Bardzo mądry jest ten nowy zwyczaj. Nie pochwalają go najwyżej kwiaciarki ale wszyscy co sprzątają cmentarze to tak. Taki sam zwyczaj trzeba by wprowadzić na Zaduszki – przychodzi tłum ludzi, każdy co najmniej ze zniczem, a sprząta na ogół jedna osoba i to stale ta sama. — Będę musiała dowiedzieć się ile taka ceremonia pogrzebowa kosztowała, bo była bardzo bogata; a i na mnie chyba już pomalutku będzie pora. Wprawdzie aż tak okazałego pogrzebu to nie chciałabym ale scenariusz pogrzebowy już mam gotowy – muzyka i śpiew, to jest konieczne. I wcale nie kościelna pieśń tylko zaśpiewać powinna – tylko refren- Alicja Majewska w moim imieniu i ” moje smutne do widzenia „. Ta obecna ceremonia zaczęła się w pięknym, bogato wyposażonym kościele ( np. wszystkie ławy z obiciem tapicerskim, a kościół duży ) W całym kościele na ścianach freski i piękne obrazy. Mszę prowadziło aż troje księży, ale taca była skromniutka, nie większa niż u nas a ludzi dziesięciokrotnie więcej. Z około setki osób do komunii przystąpiło pięć osób. To jest znak czasu. Mnie zachwyciła dzielnica miasta, na której jest ten kościół – nieprawdopodobna czystość i oznakowania. Nie byłam na tej dzielnicy z 70 lat, jeszcze jak chodziłam do szkoły muzycznej, przejazdem owszem ale spacerkiem niestety. Chodziłam jeszcze do starej szkoły muzycznej, jak dzisiaj mówią chodziłam do pałacyku, który był początkiem pięknego parku na podzamczu, idąc od Starego Miasta. Park jest piękny, w porównaniu z tym co kiedyś. Kiedyś to był dziko zarośnięty park, dzisiaj ozdobiony jest rzeźbami wykonanymi przez Panią Balbinę Śwityć Widacką, artystkę rzeźbiarkę i poetkę, która była naszą sąsiadką w Kortowie i poetką piszącą dla mnie teksty do piosenek, zawsze na wczoraj bo to były czasy kiedy festiwal gonił festiwal a ja musiałam śpiewać na każdym. Rywalizację w śpiewie miałam chyba we krwi i musiałam dawać upust. Idąc spacerkiem po tej pięknej dzielnicy pełnej ogrodów, rozmyślałam o tym, który właśnie odszedł. Jak on się urodził ja miałam 8 lat. Rok później zachorowałam na odrę; moja mama przenosząc zwyczaje jakie panowały w jej rodzinie, rocznego Krzysia kładła przy mnie do łóżka, ( mieszkaliśmy jeszcze wszyscy razem, to był rok 1949 ) żeby jak najszybciej zachorował na tę odrę, bo zachorować musi, a im wcześniej tym lepiej. Na odrę chorowałam w grudniu a już w marcu wysiedlono nas do Jezioran; to wydarzenie opisałam na blogu dokładnie, jak sąsiedzi nas pięknie witali pomimo godziny 3 w nocy, również opisałam i że od pani Andzi dostaliśmy wielki obraz świętej rodziny. Jak mały Krzyś przyjeżdżał do nas zachwycał się tym obrazem w pięknych kolorach i mógł wpatrywać się w niego godzinami, zamęczał nas ciągłymi pytaniami – co to, co to ? bo właśnie uczył się mówić. Jego pierwsze słowa to: Bozia, bazia, titam. Bozia to wiadomo, bazie to owce których na obrazie było dość dużo, a titam to narzędzie stolarskie w rękach św. Józefa. Dlaczego właśnie titam to tylko on wiedział. Jak dorastaliśmy to nasze spotkania były coraz rzadsze, zawsze z okazji jakiś świąt u naszej mamy, czyli babci Krzysia, i rocznic rodzinnych. Później nastąpiła długa przerwa aż wszystkie dzieci w naszej licznej rodzinie dorosły i zaczęły się wesela. Wesel przeżyłam 8 nie na każdym byłam, ale jak już byłam to zawsze byłam wodzirejem, stąd właśnie młodsze pokolenie mnie zapamiętało. I tak się drogi rodzinne zaczęły rozchodzić. Poszczególne rodziny moich sióstr i brata stworzyły odrębności, czyli, że stworzyliśmy pięć odrębnych rodzin, które spotykały się ze sobą coraz rzadziej. Wszyscy zaczęli się oddalać od siebie, aż do 50 rocznicy ślubu mojej najstarszej siostry. Później były jej huczne 90 urodziny i zaczęły się pogrzeby. ——————————————————————To taka zwykła kolej losu, której nie sposób odmienić już. Mijają lata dni uniesień nadchodzi jesień i jest tuż, tuż. Maj nad polami, jaśminami, czerwiec ukoił nocą parną, lipiec i sierpień już za nami i świat ogarnie wrześniowy chłód. Przeminął urok dawnych dni, cóż powiem ci, idź swoją drogą. Zrozumieć chciej, że ani ty, ani twe łzy nic nie pomogą itd. Tak po prostu chce los.

I to tyle na dziś, dziękuję za komentarze, wszystkie dotyczyły zachowania się siostry przełożonej. NARA !!

Przełożona,

która powinna być wyrzucona z pracy i to z hukiem a tkwi w tym naszym Domu, niszcząc podopiecznych i ucząc podwładny sobie personel, jak mieć za nic, podopiecznych. Pani dyrektor boi się jej i dlatego nie ruszy z posad tej bryły chociaż ta bryła zła powinna być już na emeryturze, jednak ma zbyt dużo znajomości, którymi może i zaszkodzić i pomóc. Dlatego robi co chce. Ona nie pracuje tylko załatwia wszystko po znajomości starym, zwyczajem. Jak podle postępowała ze mną opisałam wszystko na swoim blogu; o nie udzieleniu mi pomocy kiedy dostałam udaru, o odwołaniu zabiegów w szpitalu twierdząc, że jestem już osobą leżącą, o zrobieniu magazynu zużytej odzieży ochronnej w czasie pandemii covidu na najwęższym korytarzu naszego Domu, ale za to będącym vis a vis mojego pokoju, o tym jak już byłam chora na covid to wydała polecenie swojej ulubionej pielęgniarce, żeby tlen który miał mnie ratować żeby mnie udusił. Żeby nie przypadek to na pewno tak by się stało. O pochwalenie pielęgniarki, zamiast skarcenia, za podmianę moich leków z niewiadomymi mi lekami. Tak więc dzisiejsze jej zachowanie, które skłoniło mnie do przypomnienia tej sławnej z świństw wszelakich osobowości , to zupełny drobiazg. Otóż, jest poniedziałek, to jest jedyny dzień tygodnia w którym możemy zgłaszać zapotrzebowanie na leki. O tym, że jest to jedyny dzień informują ogłoszenia na każdej z tablic informacyjnych i na każdym piętrze. Ogłoszenie jest napisane wyjątkowo tłustym drukiem żeby rzucało się w oczy z daleka. Tak więc natychmiast po śniadaniu ludzie podążają ze swoimi zamówieniami – a tu stop – panie zajmujące się tym, właśnie jedzą śniadanie. Czas mija, a one jedzą. Ludzie czekają a tu ciągle nikogo nie ma. Wchodzę do pokoju socjalnego pielęgniarek ( tylko one mają taki luksus ) i widzę jak obie panie które zajmują się receptami, z półmiskami w rękach jedzą śniadanie. Jest z nimi również przełożona. Tylko weszłam usłyszałam od przełożonej – proszę nam nie przeszkadzać, nie widzi pani, że jemy śniadanie. A ja na to – śniadanie to się je w domu a jeśli już w pracy to pojedynczo. Przełożona obierając mandarynkę – ja właśnie zwołałam zebranie. Ja – to najpierw trzeba było pozrywać ogłoszenia o czasie załatwiania leków. Przełożona wymachując nożem którym obierała mandarynkę – proszę natychmiast wyjść. To panie powinny natychmiast wyjść z tego pokoju i wziąć się do roboty. To była lekcja dla podległego jej personelu jak należy traktować podopiecznych, bo u naszej przełożonej, im gorsza swołocz do nas tym lepszy pracownik według niej. Do pań asystentek lekarskich, osobiście nie mam najmniejszych zastrzeżeń, ale przy takim wzorcu jak ich przełożona bardzo szybko zejdą na psy. Co na to pani dyrektor, która wszystko słyszała, a dla pewności przypomniałam jej w obecności przełożonej, – oczywiście, starym zwyczajem – NIC. Jak ostrzegłam przełożoną, że to wszystko opiszę na swoim blogu, to usłyszałam lekceważące – a pisz sobie. Tak więc pozwolenie na ten opis mam. Będę musiała odwiedzić naszego Prezydenta, który już okrzepł na tym stanowisku i powinien dowiedzieć się jakie odpady społeczne pracują w naszym dps.

Po przeczytaniu komentarzy bardzo poprawił mi się nastrój. Otóż, osoba podpisująca się Lovewro, obsypała mnie miłymi słowami; zresztą już nie pierwszy raz. DZIĘKUJĘ !! No i oczywiście pozdrawiam serdecznie.